Jakiś czas temu trafiła do mnie klientka, która bardzo chciała zmienić coś w swoim życiu zawodowym. Była już po kilku szkoleniach, które, jak wcześniej miała nadzieję, miały pomóc jej przeprowadzić tę zmianę. Niestety póki co, tzn. do czasu, kiedy się spotkałyśmy, szkolenia te nie przyniosły żadnego efektu.

Co ciekawe, klientkę tę skierował do mnie jej mąż. Tzn. to on najpierw skontaktował się ze mną, spotkaliśmy się, przegadaliśmy temat – pamiętam te moje mieszane odczucia po rozmowie z nim.

No bo tak – niby przyjemnie jest dowiedzieć się na spotkaniu, że danemu klientowi nie chodzi tak naprawdę o siebie, ale o bliską mu osobę, w tym przypadku żonę. No bo tzn. że troszczy się, że martwi, a na dodatek nie poprzestaje na tym, ale jeszcze decyduje się aktywnie podziałać, tak by ta bliska osoba stworzyła sobie szansę na lepsze życie!

Z drugiej strony pamiętam to moje podskórne, gdzieś tam tkwiące głęboko przeczucie – no a jak to jest z nią samą, na ile ona sama tak naprawdę chce stworzyć dla siebie tę szansę?

Muszę przyznać, intuicja jak zazwyczaj mnie nie myliła! Nie było łatwo! Spotkałyśmy się owszem niedługo po tym, jak widziałam się z jej mężem, ale ta pierwsza sesja nie napawał optymizmem. Po niej miałyśmy następnie około półroczną przerwę i dopiero w po niej temat ruszył z kopyta! :-)

I dlatego pomyślałam sobie, żeby napisać ten tekst – by dać tym z Wam, które/którzy nie dają sobie szansy, podstawową wskazówkę, która może Wam pomóc, żebyście tak jak moja obecna klientka, nie zmarnowali pół roku, a może i więcej, na zbieranie się do działania.

Co jest tą wskazówką, zapytacie?

To zmiana na płaszczyźnie naszego funkcjonowania, którą można nazwać zmianą paradygmatu/nastawienia/przekonania – jakkolwiek sobie to zdefiniujesz, będzie ok. Tą zmianę paradygmatu ja nazywam: „Nie ma, że boli”.

Zastanów się teraz, ile takich rzeczy w życiu jest, ile zadań, które wykonujesz, choć niekoniecznie masz na nie ochotę, jednak je robisz, bo wchodzą w Twoją rutynę?

Myjesz zęby zapewne codziennie, pewnie przynajmniej dwa razy na dzień. Jeśli tego nie zrobisz, Twój system się o to upomni, bo organicznie pamięta, że jest mu to potrzebne. System – to cały skomplikowany sposób, w jakim funkcjonujesz w życiu – na płaszczyźnie biologicznej, relacyjnej, zawodowej, itp., itd.

Twoje zawodowe ambicje mogą się stać częścią tego systemu. Kiedy tak się stanie, Ty naturalnie zmierzasz do tego, by w Twoim życiu pojawiły się pewne rutynowe czynności korespondujące z Twoimi zawodowymi celami.

Chcesz zmienić pracę? Trudno Ci odpowiedzieć sobie na pytanie, co by to mogło być? Może ciągle trudno jest Ci myśleć o odejściu z obecnej? Bo nie wiadomo, jak to będzie, bo bezpieczeństwo, bo nowi ludzie, nowy przełożony, itd. Ok, nie próbuj połykać słonia w całości, daj sobie spokój póki co z tymi ostatecznymi decyzjami. Zamiast tego, póki co zdefiniuj sobie siebie jako osobę chcącą zmienić pracę, w związku z czym w życiu tej osoby powinny pojawić się pewne rytuały. Np. przeglądanie ogłoszeń o pracę, doprecyzowywanie treści CV, wysyłanie aplikacji w odpowiedzi na ciekawe ogłoszenia, branie udziału w interview. I pamiętaj – nie ma, że boli!

Niech poboli! Jeśli nawet miałoby to trwać pół roku, bez konkretnego efektu – czy nie będzie to lepiej spędzone pół roku niż siedzenie bezczynnie i zamartwianie się i frustrowanie stagnacją, w której tkwisz? Do tego obwinianie siebie o bezczynność i nieporadność życiową?

W tym wszystkim naprawdę kluczowe jest zrozumienie paradygmatu. Z mojego coachingowego doświadczenia wynika dla mnie jedna podstawowa refleksja – wszystkim nam się wydaje, że innym jest łatwiej niż nam. Że innych nie boli! Otóż zapewniam Cię – wszystkich boli! Nie jesteś wyjątkiem. Każdy z nas ma swoje bariery, swoje chwile słabości, czy po prostu chwile rozleniwienia…

Zaakceptuj to w sobie i zaufaj rutynie. 

To jest najbardziej skuteczny sposób na życie. Podzielę się z Tobą moim osobistym przykładem. Jesienią ubiegłego roku robiliśmy małą rewolucję w naszym ogrodzie, wymagała ona od nas sporego nakładu pracy, trzeba było codziennie poświęcić temu jakąś porcję naszego czasu oczywiście przez pewien konkretny okres, aż rzecz została zrobiona, co w efekcie oznaczało około 2 miesięcy.

Jak myślisz, czy w związku z tym odłożyłam na bok wszystkie inne aktywności, w które się angażuję zawodowo? Oczywiście, że nie. Owszem zmieniałam może porę ich wykonywania, np. teksty na bloga pisałam wieczorem, nie rano, bo w ogrodzie jesienią wieczorem nic nie widać i nic niewiele da się zrobić! Dlatego ogród był przedpołudniem, a blog wieczorem. Wszystkie moje rutynowe obowiązki musiały zostać przeze nie wykonane i zostały!

Oczywiście, że miało miejsce wiele modyfikacji w moim codziennym planie dnia, ale wszystko udało mi się pogodzić. Bolało? Oczywiście, że momentami bolało! Jednak summa summarum, moja praca na tym nie ucierpiała, a my jak tylko przyjdzie wiosna, będziemy mogli cieszyć się tym, co jesienią przygotowaliśmy w swoim ogrodzie!

Rutyna – jeśli się boisz zmiany, jeśli odczuwasz paraliż, utknęłaś/ąłeś w miejscu – postaw na nią! Działa!

 

Wszystkiego dobrego!

Monika